wtorek, 18 marca 2025

By nie zrzucać na bliskich


A może wystarczy zacząć przelewać te myśli na literki, tak dla samej siebie, gdzie nikt wcale nie musi tego czytać? A może nie muszę zrzucać tego balastu niekończących się myśli na ludzi wkoło, może mogę rozmówić sie z własnym ego na osobności? Brakuje mi cierpliwości, to przecież jedna z moich największych życiowych przywar. Pospieszne działanie, pospieszne kochanie, pospieszne uzdrawianie. A to dupa. Się nie da.

Przedziwna jest ta moja depresyjna codziennośc, w której z godziny na godzinę potrafię przejść od totalnego marazmu i rozpaczy, bo przecież resztę życia przyjdzie mi spędzić na lekach depresyjnych, głębokiego współczucia dla mojej mamy która będzie się musiała mną opiekować i samożałości o to jak egoistyczna i zamknięta jestem w swojej głowie. A potem wystarczy jakieś zdanie, bodziec, uśmiech, krok, kawa, cokolwiek przedziwnego i nagle wychodzę, ego idzie spać a ja przypominam sobie ze przecież żyję i żyjąc dobrze, bez krzywdy, w dobrej karmie, świat wskaże mi ścieżkę. Zastanawia mnie to głębokie przekonanie o pewnego rodzaju bezwolnosci wobec losu, połączonego ze świadomością że o czym nie pomyślę, to na siebie ściągnę. Dobre i złe. Ten mój patchworkowy światopogląd ma wiele dziur, może gdybym nie szyła go tak NIEcierpliwie, nie gubiłabym się w nim dziś aż tak.

Fakty,

Jestem zajebista kurwa szczęściara że Matełko nie pierdolnął jeszcze wszystkim i nie wypisał się z klubu “Napięciówka”. Oj trudne są te konstatacje w których po miesiącach robienia z siebie ofiary zamkniętego, odciętego od siebie raptusa który za wszelką cenę chce mnie zmienić pod swoje życzenie i zabodzcowac na śmierć nagle dostrzegam że to ja sama nie potrafiłam być zwykłą sobą, i zdecydowałam się tworzyć jakąś alternatywną magiczną kreaturę z jego marzeń. Wbrew sobie. Ale czy po to by faktyzcnie się do niego dopasować? Czy dlatego że nie wierzyłam że może mnie kochać? Czy dlatego że chciałam cierpieć w tym, że nie można kochać prawdziwej mnie? 

To co się ze mną zadziewa, wszystkie te miliony myśli, powątpiewań, to wszystko wokół "ja, ja, ja" które w końcu dostrzegłam, to wszystko jest juz tak męczące, ale to naprawdę jest bardzo, BARDZO egocentryczne. I nie tylko teraz w tym wodospadzie przytłoczenia i zagubienia. Wcześniej też było. I może jestem dla siebie zbyt surowa, może znów przestałam widzieć szersze spektrum i to jak dobry jest dla mnie M. ostatnie dni zatarło mi wszystko co było wcześniej, ale ja szczerze widzę, szczerze widzę że to ja jestem tą atomówką napięciówką. 

Szczerze zastanawiam się czy ten cały dramatyczny rozstrój depresyjny który dzieje się ostatnie dni w drugiej fali nie jest odpowiedzią mojej podświadomości na niezaspokojoną potrzebę możliwości bycia słabą, możliwości rozpadnięcia się. Bo o czym to może być? Dzień w dzień kotłuję się z pytaniem  "Dlaczego?". Dlaczego mi się to dzieje, dlaczego to przyszło. Minuty spędzone w głowie zdają się dłużyć w nieskończoność, męczą umysłowo, nie pozostawiając już szczątków zdolności poznawczych na cokolwiek produktywnego. Praca? Tak, popracujmy nad stworzeniem scenariusza tego jak ją tracisz, klepiesz biedę, starzejesz się ze stresu i stajesz się smutnym cieniem siebie na zawsze. Tylko pamiętaj, na zawsze, nie ma innej opcji. To już na zawsze. 

No kurwa, o co biega? 

Jak to w ogóle brzmi? 

Każda próba przekazania jakiemuś mościu tego co się ze mną zadziewa brzmi jak wyznanie tak infantylne, że samą mnie żenuje to jak błahe są te rozkminy które mnie zabierają. A jednak. Robią to. Zabierają. Te strzały, lęki, bóle, somatyka, są prawdziwe. Podczepiają się pod te myśli i sprawiają że myślę sobie jakim ty małym jesteś człowieczkiem, jak Ty mało jesteś w stanie unieść. Dziewczynko. 

Ale no właśnie. Czy to przypadkiem nie dlatego że to co czuje być może wcale nie nalezy do mnie. Tylko do tej dziewczynki? 

Czy to możliwe? 

Szukam odpowiedzi na to pytanie już tak długo. HE, parę dni. Olga, to trwa znów parę dni. Po prostu wystrzeliwujesz te myśli jak z karabinu maszynowego. Wyrabiasz 666% dziennego przydziału kminienia o sobie.    A wszytsko inne leży. 

No po coś to jest, męczę się fchuj. Chcę z tego wyjść tak bardzo. 

Tęsknię za tą egzystencjalną lekkością, za przekonaniem że "żyćko jest dobre i mnie prowadzi". 

Żyćko jest dla mnie bardzo dobre i łaskawe a ja chuj wie czemu wkręciłam sobie że jest za dobre i muszę cierpieć. Co ja katoliczka?  

CZEMU TAK BARDZO CHCĘ BYĆ OFIARĄ? 

Dlaczego nie potrafię po prostu chcieć żyć i cieszyć się życiem? Czy to jakiś wdrukowany tryb z podświadomości, zaburzenie chemii mózgu czy zbyt duże wkręcenie sobie konieczności ponoszenia cierpienia na drodze rozwoju duszy w tym wcieleniu? Bo to przecież kolejne ze zlepka moich wierzeń. 

Tak racjonalnie rzecz ujmując, to przecież mogę żyć lekko, mogę się z tego życia cieszyć i jak każdemu życie to napisze taki lub inny ciężar do pokonania. To czemu ja próbuję je sobie tworzyć sama? No nie wiem. 


Zero sensu. Zero Olga. Puść to, na nic Ci to. 


















wtorek, 31 stycznia 2012

no 2

Natknęłam się dziś na bloga, pisanego przez młodego faceta, który próbuje pokazać czytelniko jak w łatwy sposób stopniowo poprawiać swoje życie. Jego porady są dość banalne i jeśli nie masz wpracowanego samozaparcia i wyraźnej motywacji do zmian raczej nie wyciągniesz z nich żadnyhc wniosków dla siebie. Jednak znalazła się tam notka, w której prosił by każdy odpowiedział sobie na kilka pozornie banalnych pytań. Człowiek pewnie idący przez życie z pewnością będzie mógł wykreślić słowo 'pozornie' jednak ja pozostanę jednak przy tym epitecie.
1. W czasie robienia czego całkowicie zapominasz o całym świecie? 
Oczywiście - będąc z moim chłopakiem. Traktuje go jako błogosławieństwo od Boga, w którego wiary nie umiem uargumentować. Ludzie mogą nazywać mnie hipokrytką, jednak rozmyślanie o łaskach bożych w moim przypadku powadzi jedynie do negacji religii i prawa bytu Pana Wszechmogącego. Tak więc wolę pozostać przy swoim 'dzięki Boże za Piotrka', bez rozmyślania nad adresatem wypowiadanych słów. Poza tym hedonizm przyćmiewa mi pragnienie poszukiwania wyższej prawdy. Nie mówie że nie próbowałam. Chodziłam do kościoła co niedzielę, gdy mama zostawiła nas z tatą na pół roku byłam w kościele niemal codziennie, ale wbrew temu co próbuje mi wmówić ksiądz, lektura biblii mnie nie porywa, nie pragnę chłonąc każdego zdania, nie upajam się słowem bożym. Nie mam czasu interpretować biblii gdy czekają na mnie zadanka z matmy. Wracając do pytania. Myślę że dla każdej zakochanej dziewczyny godzina z ukochanym przelatuje niczym minuta. Ja jestem zakochana po raz pierwszy, mimo iż miłostek miałam już wiele i nie widzę póki co nic złego w moich romantycznych rozmyślaniach o wiecznej miłości. Jeszcze pół roku temu pępek rozwiązałby mi się ze śmiechu gdyby ktoś chciał mi wmówić iż takie słowa wyjdą z moich ust.
Zastanawiając się jednak głębiej, ku mojemu zaskoczeniu muszę stwierdzić iż podobne uczucia towarzyszą mi podczas rysunku. Nie nudnego, studyjnego, monotematycznego, ale tego, do którego rzadko bo rzadko, ale zabieram się sama. Zastanawiam się - być może gdyby większość moich prac nie była napędzana pośpiechem, bo 'babcia ma urodziny za 3 dni!' rzeczywiście znalazłabym w tym słodką nieprzymuszoną przyjemność?
Jest także lektura. Kocham literaturę, kocham jej magię, ale bardziej kocham Piotrka i to w moim przypadku bardzo się ze sobą kłóci, bo wolę mruczeć do telefonu o niczym i słuchać jego głosu niż uczyć się patrzeć dalej, rozwijać wyobraźnię, kształtować empatię poprzez lekturę ksiązki z ciepłą herbatą w ręku. Może ten stereotypowy obraz mola książkowego jest już troche nudnawy ale w moim przypadku świetnie się sprawdza, z takim jeszcze bonusem, że zwykle ubrudze rogi roztopioną na ciepłych palcach czekoladą.
Co zrobiłeś dziś, aby jutro żyć tak, jak tego pragniesz?
Cóż, dopóki nie przeczytałam parę godzin temu tego pytania moja odpowiedź brzmiała 'nic'. I niestety tak jest niemal codziennie. Oczywiście to bardzo zmobilizowało mnie do nauki i zrobiłam 2 rozdziały do przodu z matematyki. Moje podejście do matury jest fanatycznie skrajne. Są dni kiedy idę ulicą i zastanawiam się 'ile ten ktoś (ktokolwiek) miał procent z matury z matmy?'. Wtedy żal mi jest samej siebie, bo nie potrafię się z tego otrząsnąć, wpadam w amok, nie mogąc przekonać samej siebei że dam radę, skończe dobre studia i wszystko się ułoży. Ja tak nie patrze, fakt uczęszczania do najlepszego liceum w Polsce nie daje mi poczucia 'bezpieczeństwa intelektualnego'
I don't know what i did today for better tomorrow. Język angielski mnie prześladuje.
Posprzątałam pokój - lepsza oraganizacja może mi pomóc w zarabianu kokosów za 10 lat. Będę to sobie wmawiać.

Potem odpowiem na reszte. Papa Olga

poniedziałek, 30 stycznia 2012

no 1

Wszyscy wokół żalą się jak to ferie szybko zleciały. Moje bedą trwaly miesiąc. Choroba przed, choroba po. Jak mam wolne jakoś zawsze jestem zdrowa, ale kiedy mam wrócić do szkoły mój organizm tworzy własne mechanizmy obronne w postaci standardowego choróbska. Lubię to.
Zastanawiam się na ile mój strach przed powrotem do szkoły jest spowodowany zwykłym codziennym stresem, potrzebą gonitwy za oczekiwaniami, a na ile wewnętrznym rozbiciem, niewiedzy dotyczącej przyszłości, własnych aspiracji i pragnień, mówiąc prosto - wyboru studiów.
Co z tego, że umiem świetnie rysować? Jeśli rodzice chcieli we mnie zaszczepić pragnienie zarabiania pieniędzy, planowali moją przyszłość, architektura, napewno zgarnę górę kasy, dlaczego zapalili w moim sercu tą iskierkę dobroci, która nakazuje mi robić coś potrzebnego? Co mi po projektowaniu domków do katalogów z projektami za 2 tysiaki, nie łudze się, że czekają na mnie cudowne oferty, nieziemskie projekty. Ja umiem rysować, nie liczyć, szkoda że nikt nie potrafi tego wreszcie dostrzec.
Nauczycielka rysunku próbuje mi wmówić, iż nigdzie nie odnajdę się tak dobrze jak na ASP. Potrafić rysować =/= lubić rysować. Może przesadzam, gdyby nie sprawiało mi to żadnej przyjemności nie chodziłabym do nich 4 rok, ale dla mnie sztuka musi zawierać dynamizm, prawdziwe piękno, nie uznaję produktów rzemiosła nowoczesnego za sztukę. Nie jestem humanistką i nie potrafię dostrzec w białej kropce na czarnym tle nadziei, pamięci o zmarłych, światła w tunelu lub też wyuzdanej seksualności. Ludzie goniąc za indywidualizmem gubią sens, tracą kontakt z rzeczywistością. Rozległa wyobraźnia jest darem, ale granica pomiędzy fascynującymi spostrzeżeniami, a fanatycznym poszukiwaniem, czy może powinnam napisać doszukiwaniem się ukrytych dążeń artysty jest niezwykle cienka. Grr, pamiętaj że założyłaś tego bloga by szukać ciekawych epitetów i budowac krótsze zdania! Chaotyzmu wypowiedzi nigdy się nie pozbędziesz ale warto walczyć chociaż o 4 z polskiego. Swoją drogą zawsze mi smutno kiedy kupuję jakieś urocze, milusie, puchate skarpetki i po tygodniu są już całe zmechacone. Sieciowe sklepy kuszą miękkimi sweterkami w kolorze mrożonych jagód, figami o barwie herbacianej róży w dotyku łudząco przypominającymi delikatność jej płatków, aby po jednym praniu stać się powyciąganymi szmatami do podłóg.
Zaraz wypluje płuca. Uwielbiam być chora. Skuteczność przyswajania wiedzy poza szkołą jest w moim przypadku kilkakrotnie większa. Dużo lepiej radzę sobie nie chodząc do niej niż modląc się w ławce by nikt mnie tylko nie spytał. Lubię zapach podręczników, lubię śliską fakturę ich stron. Dlaczego nie ma żadnego zawodu, który łączył by sprawność zmysłów węchu i wzroku? Mogłabym podporządkowywać zapachy barwom, wtedy z pewnością byłabym milionerką. Ostatecznie pewnie i tak skończę na grafice, modląc się by straczyło mi zapału, by znaleźć staż, by jakoś się wybić. Mam nadziję że za 10 notek zauważę jakikolwiek progres w budowaniu sensownych zdań. Cześć Olga.